W objęciach tygrysa w Wat Luang Ta Bua Yanna Sampanno – kocie sanktuarium, czy bezduszna maszynka do robienia pieniędzy… (27.06)

1

Kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o tygrysach w świątyni Wat Luang Ta Bua Yanna Sampanno, od razu wiedzieliśmy, że musimy odwiedzić to miejsce. Całą dwutygodniową podróż po Tajlandii podporządkowaliśmy wizycie w sanktuarium. Biorąc pod uwagę nasze wizyty w klasztorach w Ladakh, kontakty z mnichami i wszelkie uprzejmości, których mieliśmy okazję doświadczyć ze strony buddystów podczas pobytu w Indiach, wydawało nam się, że „Świątynia Tygrysów” pod Kanchinaburi to ostatnie na ziemi prawdziwe sanktuarium dla wielkich kotów. Czy aby na pewno mieliśmy rację…

Klasztor buddyjski Wat Luang Ta Bua yanna Sampanno przyjął pierwszego osieroconego tygrysa w 1999 roku. Wkrótce ludzie zaczęli przynosić kolejne. Obecnie mieszka tu kilkanaście kotów (przynajmniej tyle udało nam się zobaczyć). „Świątynia Tygrysów” jest chyba jedną z największych atrakcji Kanchinaburi. Praktycznie każda agencja oferuje transport do klasztoru (ok. 120 bhatów od osoby). Ponieważ Wat Luang Ta Bua Yanna Sampanno położony jest z dala od głównej drogi, nie można się tam dostać lokalnym autobusem (chyba, że macie ochotę na kilkukilometrowy spacerek w pełnym słońcu). Na miejscu obowiązuje odpowiedni strój – zakryte ramiona i dekolt, spodnie za kolano, unikanie drażniących zwierzęta kolorów (czerwony , pomarańczowy itp.).

Po dotarciu do klasztoru należy kupić bilet wstępu. Rozmaite opcje cenowe dały nam już definitywnie do zrozumienia, że coś tu nie gra: 500 bhatów – zwykły bilet, 1500 bhatów – wieczorny show z tygrysami, 2000 bhatów – wstęp + indywidualne wejście do kanionu w specjalnej grupie (dłuższe obcowanie z kotami i więcej zdjęć) oraz nasz ulubiony szczyt szczytów – 5000 batów – karmienie malutkiego tygrysa… Cóż, kupiliśmy najtańsze bilety i udaliśmy się w kierunku kanionu.

Tam znajdował się kolejny punkt kontrolny. Pod specjalną wiatą odwiedzający ustawiani byli w dwóch kolumnach – po lewej zwykli goście, po prawej grupy za 2000 bhatów. Tzw. zwykły spacer po kanionie wyglądał w następujący sposób: turyści prowadzeni pojedynczo, za rękę przez pracownika obsługi odbywali około dwuminutowy rajd po kanionie pomiędzy uwiązanymi na łańcuchach tygrysami, podczas gdy inny pracownik robił im zdjęcia przekazanym mu aparatem. Tak to wszystko i do widzenia… Prawie bym zapomniał – indywidualne zdjęcie z tygrysem bez gawiedzi w tle ekstra 100 bhatów.

No cóż „troszkę” nas to zabolało, tym bardziej że koty wyprowadzane są do kanionu tylko na kilka godzin dziennie, a resztę czasu spędzają w klatkach… Przez ten krótki czas, kiedy naprawdę mogłyby zakosztować trochę wolności, przykute do ziemi łańcuchami traktowane są niczym turystyczne maskotki – zwykła maszynka do robienia pieniędzy. Mimo że teren należący do klasztoru jest naprawdę olbrzymi i spokojnie można by zagospodarować tą przestrzeń tworząc choćby namiastkę naturalnego, tygrysiego środowiska, nie widać żadnych prac w tym kierunku. Wręcz przeciwnie budowane są wybiegi z podestami dla zwiedzających – ot takie trochę lepsze zoo. Zastanawiające jest też, do kogo tak naprawdę należy ten świetnie prosperujący biznes. Mnichów widzieliśmy raptem trzech, oczywiście w pełni skupionych na swych zakonnych powinnościach (jeden rozkoszował się papieroskiem, drugi z kolei prowadził nad wyraz ożywioną konwersację przez telefon komórkowy). Świeckich pracowników obsługi jest za to całe mnóstwo. Co ciekawe, pytani o różne kwestie związane z sanktuarium unikają odpowiedzi… Generalnie niczego nie udało się nam dowiedzieć, a w sprawie wolontariatu odesłano nas na stronę internetową, gdzie po zapłaceniu kilku tysięcy dolarów można zafundować sobie taką uciechę (oczywiście nie myślcie, że choćby grosz z tych pieniędzy idzie na tygrysy).

Nasza wizyta w klasztorze Wat Luang Ta Bua Yanna Sampanno praktycznie dobiegała końca, mimo że dopiero co zakończyliśmy ów dwuminutowy rajd przez kanion z dzikimi kotami (obsługa zaczęła wypraszać turystów, gdyż trzeba było przecież przygotować miejsce pod wieczorny tygrysi show…). Kierując się do wyjścia udało się nam spotkać dwóch mnichów prowadzących na smyczy małe kociaki. Korzystając z ich uprzejmości mieliśmy okazję wygłaskać bestie. Niestety niczego nowego nie udało nam się dowiedzieć – czyżby ogólna zmowa milczenia…? Po kilku minutach pojawiły się dwie panie z obsługi i zabrały tygrysy na ów wieczorny show. Nam nie pozostało nic innego jak powrót do Kanchinaburi z mieszanymi uczuciami i masą wątpliwości.

Ponieważ nie znamy wszystkich faktów i brakuje nam rzetelnych informacji odnośnie działalności Wat Luang Ta Bua Yanna Sampanno, nie możemy zająć żadnego stanowiska w tej kwestii. Zastanawiające jest to, iż w ów projekt nie zaangażowała się dotąd żadna organizacja międzynarodowa, a przynajmniej nie odnotowaliśmy takowych informacji na miejscu. Sanktuarium nie znajduje się także pod opieką WARF (The Wildlife Animal Rescue Fundation od Thailand). W zasadzie jest to całkowicie niezależna instytucja, podobno należąca do klasztoru. Po powrocie do Polski planujemy zająć się tym tematem na poważnie, spróbować znaleźć odpowiedzi na wszelkie dręczące nas pytania i odkryć tajemnicę tygrysów w Wat Luang Ta Bua Yanna Sampanno. Tymczasem zapraszamy was do dyskusji…

Komentarze

  1. Joanna mówi:

    Hmmm ciekawe czy mowa o tym samym klasztorze, o którym program widziałam kiedyś na którymś z kanałów telew. Jak to w tv wszystko wyglądało pięknie i wzruszająco, mnisi opiekowali się młodymi tygrysami i każdy, kto przybył mógł z nimi przebywać a nawet z tego co kojarzę w okolicy lub nawet u nich wynająć nocleg. Zawsze marzyłam, żeby tam pojechać, więc mam nadzieję, że powyższy artykuł dotyczy innego miejsca i odpowiednie osoby na odpowiednich miejscach zainteresują się, czy aby na pewno tym kotom dobrze się żyje… pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone (*) muszą zostać wypełnione.

 
 

Losowo wybrane zdjecia!

_dsc5565 dscn1222 dscn1406 _dsc2999 _dsc7692 _dsc6945