Wuzhou bez węży, kalambur ciąg dalszy… (8-9.07)

1

Podróż do Wuzhou okazała się całkiem przyjemna, pomijając dość męczący fragment przejścia od hotelu w Guangzhou do stacji metra, a następnie do dworca autobusowego. Przed wejściem do głównej sali terminalu musieliśmy prześwietlić nasze bagaże, następnie niczym na lotnisku udać się do odpowiedniego gate’a, gdzie po kontroli biletów zostaliśmy przepuszczeni przez bramkę i mogliśmy wsiąść do autobusu. Wszystko odbyło się sprawnie i w duchu zasad konfucjanizmu. Bilety kontrolowano nam co najmniej cztery razy, cobyśmy przypadkiem nie pojechali w innym niż zamierzonego kierunku.

Po dwóch godzinach jady autobus zjechał na parking i pani „autobuśnica” ogłosiła przez mikrofon przerwę na lunch – przecież żaden Chińczyk nie wytrzymałby więcej niż 120 minut bez umoczenia kłów w jakimś pokarmie, w końcu jedzenie to podstawa chińskiej egzystencji. Nam ta idea także bardzo się spodobała, gdyż od rana nie mieliśmy okazji nic zjeść. Niestety szybko okazało się, że kupienie jakiegokolwiek jedzenia nie będzie zadaniem łatwym. Ów punkt gastronomiczny bowiem funkcjonował według podobnych zasad co przydrożne bary w Wenezueli, tj. najpierw w osobnym kantorku płacimy za papu, a dopiero później z kwitkiem idziemy odebrać opłaconą strawę. Jak się zapewne domyślacie zjedzenie czegokolwiek w takich warunkach, wymagało od nas przeprowadzenia bardzo skomplikowanych operacji słowno mimicznych. W końcu, gdy po prawie 10 minutach udało się nam przekonać pracownice małej gastronomii, że posiadamy pieniądze i na pewno nie zamierzamy ich szukać, pozwoliły nam najpierw wybrać potrawy (techniką „pokaż palcem”), a dopiero później za nie zapłacić. Niezwykle szczęśliwi przystąpiliśmy do pałaszowani smażonej kapustki pekińskiej i najlepszych kiełków na masełku jakie kiedykolwiek mieliśmy okazję spróbować. Po skończonym posiłku, ponownie zajęliśmy miejsca w autobusie i ruszyliśmy w kierunku Wuzhou.

Około 16:30, czyli po niespełna czterech godzinach od wyruszenia z Guangzhou, dotarliśmy na miejsce (według LP podróż trwać miała co najmniej sześć). Miasto o populacji podobno trzystutysięcznej wyglądało w zasadzie jak Wrocław, a część budynków przypominała mi raczej obrazy z Singapuru. Wszystko tradycyjnie w nieustającym remoncie i przebudowie. Zaraz po dotarciu na dworzec mieliśmy do rozwiązania kolejny dylemat – na którym dworcu właściwie jesteśmy? (w Wuzhou są aż dwa oddalone o sześć kilometrów). Sprawa była o tyle istotna, iż hotel, w którym chcieliśmy się zatrzymać, znajdował się naprzeciwko jednego z nich. O pomoc poprosiliśmy panią z informacji i po pokazaniu palcem chińskiej nazwy w przewodniku uzyskaliśmy pozytywną odpowiedź. Jak się później okazało błędną… W efekcie nasze poszukiwania hotelu przerodziły się w istną groteskę. Obszar dookoła ów niewłaściwego dworca – jeden wielki plac budowy, pełen był nowiutkich, dopiero co otwartych „noclegowni” (nowiutkich – po chińsku oznacza pół skrzydła oddali do użytku wczoraj, a w drugiej połowie stawiają ścianki, kładą instalację…). Biegaliśmy od hotelu do hotelu pytając o ten właściwy, a wszyscy patrzyli się na nas jak na kosmitów.

Ostatecznie w jednej herbaciarni zlitowała się nad nami pewna na oko dwunastolatka i zaprowadziła nas do jeszcze innego hotelu, w którym pani recepcjonistka postanowiła zadzwonić na chińską informację turystyczną. Jako że ta operacja także nie wróżyła sukcesu, zdecydowaliśmy się zrezygnować z dalszych poszukiwań i wybrać jeden z pokoi na miejscu, tym bardziej że kosztował 80¥ za dobę (AC i Internet w cenie),czyli i tak mniej niż w miejscu do którego planowaliśmy się udać. By móc jednak korzystać ze wszystkich pokojowych facilities w pełni konieczna była kolejna przeprawa. Jakkolwiek w ścianie znajdowało się gniazdko do Internetu, kabla już nie uświadczyliśmy. Udałem się więc na recepcję z nadzieją, że go dostanę. Co prawda zajęło mi to około 20 minut biegania z panią sprzątającą po poszczególnych pokojach hotelowych, ale kabel ostatecznie się znalazł. Problem w tym, że w naszym świeżo wykończonym pokoiku ów gniazdko w ścianie było tylko atrapą, tak więc z całym już rozpakowanym majdanem i Martyną świeżo po prysznicu,zawiniętą w ręcznik, zmuszeni byliśmy przeparadować do innego, tym razem naprawdę wykończonego pokoju. Tu już Internet działał, a my byliśmy bardzo szczęśliwi – jak się później okazało, tylko chwilowo, gdyż w tutaj z kolei z kranu leciała tylko gorąca woda (z pewnością robotnikom coś się pomyliło w przyłączach). Nad ranem z kolei padła instalacja elektryczna, tak więc o poranku zmienialiśmy pokoje jeszcze dwa razy, by ostatecznie osiąść w tym, gdzie wszystko było już w porządku.

Dzięki Internetowi i cudownym googlemaps udało się nam określić naszą dokładną pozycję w Wuzhou. Tak jest, spaliśmy na maksymalnych przedmieściach, skąd do centrum czekała nas ponad dwudziestominutowa przejażdżka autobusem (1,2¥ od osoby). Jedynym plusem tej sytuacji był fakt, iż z ów podmiejskiego dworca odjeżdżał autobus do Guilin – następnego przystanku na trasie naszej podróży.

Głównym punktem programu naszej wizyty w Wuzhou miała być największa w China wylęgarnia węży, dostarczająca gady na wszystkie stoły w południowowschodnich prowincjach republiki. Niestety po całym kompleksie pozostały jedynie drogowskazy, zarośnięta boczna uliczka i ceglane ruiny kilku zabudowań w oddali. Zamiast tego musieliśmy zadowolić się spacerem po uliczkach starego Wuzhou i zwiedzaniem niewielkiego ptasiego targu.

Korzystając z nadmiaru wolnego czasu odwiedziliśmy także pocztę. Już od dłuższego czasu poważnie zastanawiamy się nad wysłaniem paczki do kraju. Rzeczy w plecakach wciąż przybywa, a pomijając problemy z ewentualnym nadbagażem, powoli tracimy możliwość poruszania się z tym całym balastem. Jak się możecie domyślić w urzędzie pocztowym oczywiście nikt nie władał językiem angielskim. W związku z tym po raz kolejny bawiliśmy się w kalambury. Słowa „AIRMAIL” czy „POLAND” okazały się w miarę uniwersalne. Problem natomiast pojawił się przy pokazywaniu ciężaru paczki. Na szczęście kilka obrazków wagi szalkowej mojego autorstwa załatwiło sprawę i nagle pracownik poczty wyjął z pod lady specjalną księgę. W środku znajdowały się doskonale opracowane, różnokolorowe tabele poprzedzielane zakładkami z wyszczególnieniem poszczególnych kontynentów, krajów i cen za dane usługi. Po krótkich obliczeniach ustaliliśmy, że 10 kilogramowa paczka lotnicza do Polski kosztować będzie około 320 zł.

Podsumowując, choć węży nie uświadczyliśmy, nasza wizyta w Wuzhou ostatecznie okazała się bardzo przyjemna. Spotkaliśmy miejscową wariatkę, która z początku wydawała się być całkiem normalna jak na Chinkę (w końcu co kraj to obyczaj), jednak po krótkiej chwili okazało się, oprócz nad wyraz finezyjnego stroju rodem z teatru oraz dwumetrowego kija bambusowego, który dumnie dzierżyła w dłoni, pani przejawiała wszelkie możliwe objawy schizofreniczne i najwyraźniej otaczała ją cała zgraja niewidzialnych przyjaciół. Lokalna młodzież częstowała nas liczi, co zaskutkowało uzależnieniem się przez nas od chińskich śliwek (dzień bez co najmniej kilograma w brzuszku to dzień stracony). Kucharz z miejscowej jadłodajni z kolei miał wielką satysfakcję z możliwości gotowania dla nas (prawdopodobnie po raz pierwszy widział na żywo białego człowieka), tak więc ,mimo iż warzywka były troszkę gorzkie, zjedliśmy wszystko bez gadania. Następnego dnia zaś o poranku zebraliśmy manatki i pojechaliśmy w kierunku tarasów ryżowych w okolicach Longsheng…

Komentarze

  1. Ewa z Essen :D mówi:

    ale sie fajnie czyta !

    buziaki z Essen (u nas tez jest cieplo :))

Dodaj komentarz

Pola oznaczone (*) muszą zostać wypełnione.

 
 

Losowo wybrane zdjecia!

_dsc6182 _dsc1686 _dsc6602 dsc_2563 _dsc3794 _dsc2302