Chińskie Shangri la czyli próba ożywienia idylli Jamesa Hiltona (26.07-02.08)

0

Podążając śladami Tybetu poza samym Tybetem dotarliśmy do miasteczka Zhongdian nazywanego przez Chińczyków (dla przyciągnięcia gawiedzi turystów) Shangri La. Mimo iż według oficjalnego stanowiska władz, to właśnie tutaj miałaby mieć miejsce akcja Lost Horizon Jamesa Hiltona, miejscowość położona w północnozachodnim Yunnanie nie ma zbyt wiele wspólnego z buddyjską wizją raju. Tak czy inaczej Zhangdien czy jak wolicie Shangri La to miasteczko warte kilku dni postoju, tym bardziej, iż stanowi punkt przerzutowy na zachodniej, górskiej trasie do Syczuanu.

Dworzec autobusowy umiejscowiony jest w nowej części miasta. Co ciekawe ów nowe miasteczko nie ma nic wspólnego z nowoczesną chińską metropolią. Nie znajdziecie tutaj smutnego betonu, plexiglasu, czy też pnących się do nieba biurowców z elewacją wyłożoną kafelkami łazienkowymi. Zamiast tego zobaczycie co prawda nowo wybudowane, ale utrzymane w tradycyjnym, tybetańskim stylu budynki.

Niestety nasze pierwsze wrażenia nie były aż tak przyjemne. Do Shangri La dotarliśmy w strugach deszczu. Kierowca wysadził nas w jakimś hangarze gdzieś na tyłach dworca i zanim udało się nam ustalić, gdzie tak naprawdę się znajdujemy i jak dotrzeć do starego miasta, zdążyliśmy już ostro zmoknąć. W końcu przestało padać, a my autobusem nr 1 udaliśmy się w kierunku starówki.

Ta część Shangri La składa się dosłownie z kilku brukowanych uliczek pełnych starej, drewnianej zabudowy. Cóż, właściwie nie jest ona wcale taka stara, ale z punktu widzenia turysty na taką właśnie ma wyglądać. Dominują tutaj sklepiki z pamiątkami, restauracje (większość dość drogich) oraz całe mnóstwo hoteli i guesthousów. Nad wszystkim natomiast góruje buddyjska świątynia z olbrzymim złotym młynkiem modlitewnym.

Jako że oferta noclegowa jest naprawdę pokaźna, nie ma problemu ze znalezieniem spania. My zatrzymaliśmy się w hoteliku nastawionym raczej na chińską klientelę tuż obok Dragoncloud Guesthouse. Obsługa co prawda nie znała ani słowa po angielsku, ale dostaliśmy pokój z łazienką i wi-fi za jedyne 70 CNY.

Jeśli chodzi o gastronomię, możemy polecić dwie tanie knajpki położone na ulicy prostopadłej do hotelu. W jednej z nich gospodarze wykopią dla was spod sterty papierów zalegających w szafce menu po angielsku przetłumaczone na potłuszczonych świstkach papieru. Poza tym warto spróbować yaczego jogurtu sprzedawanego w każdym sklepie (5 CNY).

W okolicach Shangri La znajduje się wiele miejsc godnych uwagi. Niestety dostać się tam można przeważnie tylko prywatnym środkiem transportu. Oczywiście wszystkie wycieczki bardzo chętnie zorganizuje dla was jedna z tutejszych agencji. Ceny są wprost astronomiczne. Dla przykładu, za 4 dni w Tybecie, nie licząc dojazdu, tutejsze biuro podróży zażyczyło sobie 7000 CNY od osoby… Jako że ceny dla nas były iście zaporowe, ograniczyliśmy się do zwiedzania samego miasteczka. Na placu przez świątynią na wzgórzu w centrum starego miasta nieustanie odbywają się imprezy i agitacje prokomunistyczne. Nic dziwnego, gdyż tuż obok znajduje się małe muzeum Armii Czerwonej oraz pomnik mnicha buddyjskiego stojącego ramię w ramię z żołnierzem ów armii – po prostu istna groteska. Zdecydowanie ciekawsze widowisko możecie zaobserwować każdego wieczoru na centralnym placu starówki. Gdy znikną wszystkie stragany i handel już dawno ucichnie mieszkańcy Shangri La, głównie starszyzna, puszczają na cały regulator muzykę i przystępują do zbiorowych wygibasów tanecznych.

Ostatniego dnia pobytu postanowiliśmy odwiedzić klasztor Ganden Sumtseling położony na północnych obrzeżach miasta. Niestety na miejscu okazało się, że lokalne władze zamieniły cały obszar dookoła świątyni w kolejny, typowo chiński „scenic area” i życzą sobie 80 CNY za bilet wstępu. Dookoła oczywiście powstała już cała infrastruktura turystyczna konieczna do obsługi chińskich wycieczek (drogie hotele, restauracje i wprost niezbędne sklepy z fajkami…). Jako że miejsce z racji owych inwestycji straciło już sporo uroku, a cena była dla nas mocno nieprzystępna, odpuściliśmy sobie wątpliwą przyjemność zwiedzania kolejnego „scenic area” w towarzystwie rozwrzeszczanych chińskich wycieczek.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone (*) muszą zostać wypełnione.

 
 

Losowo wybrane zdjecia!

_dsc7874 _dsc3025 _dsc4945 dscn2056 _dsc4351 _dsc8845