Langmusi – otoczeni górami z dala od turystycznego zgiełku… (18-23.08)

0

Mając już naprawdę dosyć niezliczonych tłumów chińskich wycieczek i całego zgiełku turystyki w typowo komercyjnym wydaniu, postanowiliśmy opuścić Juizhaigou i udać się na północ aż do granicy Syczuanu. Tutaj w niewielkim miasteczku – Langmusi, mieliśmy nadzieję odnaleźć nasz mały skrawek Tybetu i odrobinę spokoju.

Jako że wioska znajduje się kawałek od głównej drogi łączącej Juizhaigou z Lanzhou kierowca autobusu tradycyjnie wysadził nas w szczerym polu i polecił szukać szczęścia. Rzeczywiście szczęście szybko się znalazło i nie wiedzieć skąd od razu pojawił się mały busik dwoma Tybetańczykami w środku. Za 15 CNY dojechaliśmy do centrum osady. W zasadzie ciężko mówić tu o jakimkolwiek centrum. Langmusi to wioska jednej ulicy. Są tu dwa klasztory i meczet. Całość zaś dzieli na pół niewielka rzeka wyznaczając część należącą do Syczuanu i Gansu. Na pierwszy rzut oka osada przypomina typowe miasteczko z Hollywoodzkich westernów z tą tylko różnicą, że zamiast Indian i kowbojów po mocno zakurzonej ulicy przechadzającą się mnisi w szafranowych szatach i ubrani w ludowe stroje nomadzi.

Langmusi mimo niewielkich rozmiarów posiada całkiem bogatą bazę noclegową. Znaleźć tu można nawet jeden hotel z wyższej półki (220 CNY najtańszy pokój). Jest także jeden hostel z dormem za 30 CNY od osoby. Pozostałe hoteliki oscylują w granicach 100-150 CNY przy czym standard jest bardzo różny. Nam dzięki uprzejmości młodej pary chińskich turystów udało się trafić do małego pensjonatu schowanego w podwórku za wielką, przyrdzewiałą bramą. Miejsce nastawione było głównie na Chińczyków, tak więc zero angielskiego. Ostatecznie właściciel zgodził się na 114 CNY przy sześciu dniach pobytu. Tuż obok znaleźliśmy Lesha’s Restaurant z przepysznym, tanim jedzeniem i wprost powalającymi stekami z Yaka. Uwaga, porcje są ogromne!!!

Kolejne dni upłynęły nam na trekkingach po okolicznych górach i dolinach. Oglądaliśmy z oddali obozowiska nomadów i wypasane przez nich stada yaków i owiec. Jedyny minus stanowiła dość kapryśna pogoda, która prawie codziennie płatała nam figle. Gdy wychodziliśmy z hotelu było pięknie, gorąco i bardzo słonecznie, lecz gdy tylko udało nam się dotrzeć do jakiegoś miłego miejsca położonego o około godzinę, półtorej drogi od miasta, niebo przykrywały chmury i zaczynało lać. W końcu pogoda na tyle się popsuła, że postanowiliśmy pakować manatki i jechać dalej na północ w poszukiwaniu słońca.

Tak czy inaczej Langmusi warte jest poświęcenia choćby kilku dni, zwłaszcza jeśli chcecie w świętym spokoju pomedytować na osłonecznionym szczycie lub w cichej dolince otoczonej przepięknymi górami. W miasteczku działa jedna agencja turystyczna oferująca kilkudniowe konne trekkingi po okolicy. Niedaleko znajdują się także dwa pięciotysięczniki, na które można się wdrapać. Generalnie Langmusi to idealne miejsce na dwutygodniowy wypad w góry z dala od cywilizacji i turystycznego zgiełku.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone (*) muszą zostać wypełnione.

 
 

Losowo wybrane zdjecia!

_dsc5498 _dsc4855 _dsc0284 _dsc0657 _dsc7225 _dsc7484