Xiahe i klasztor Labrang – w buddyjskiej oazie świstaka (24-30.08)

0

Mimo całego uroku Langmusi, kapryśna pogoda dała nam się we znaki na tyle, że postanowiliśmy opuścić tę oazę spokoju i poszukać promieni słońca gdzie indziej. W tym też celu udaliśmy się do Xiahe, miejscowości, która oprócz pięknych gór słynie z bardzo istotnego dla buddyzmu tybetańskiego klasztoru Labrang.

Droga upłynęła nam przyjemnie, aczkolwiek przeżyliśmy też chwile grozy, związane z miejscową psychotyczką, a konkretnie jej usadowieniem się tuż za naszymi fotelami (w którym to fakcie nie było by nic strasznego gdyby nie sierp, który kurczowo trzymała w dłoni wymachując nim żwawo, kiedy coś jej się nie spodobało, a to miało miejsce dość często…). Po kilku godzinach jazdy z przesiadką w jednej z większych miejscowości byliśmy w końcu na miejscu.

Tu, jak w każdym chińskim mieście przywitał nas wieczny remont z nieodłącznie towarzyszącym mu kurzem i wszechogarniającym syfem. Budowa nowego osiedla mieszkalnego, remont nawierzchni na głównej ulicy oraz układanie nowych płyt chodnikowych zamieniły miasto w plac budowy. Do tego góry dookoła stosunkowo wysokie, wszystko jak gdyby wciśnięte pomiędzy nie, przez co przynajmniej w pierwszej chwili powiało lekką klaustrofobią… Nie byliśmy do końca zadowoleni z tej decyzji, a przed nami był cały tydzień, który chcąc nie chcąc musieliśmy tam spędzić, nie mając za bardzo lepszej alternatywy…

Ceny noclegu również nie poprawiły nam humoru, na szczęście znaleźliśmy po pewnych poszukiwaniach w końcu przyzwoity pokój za rozsądną cenę. Niestety powtórzyła się historia z Langmusi i tu z wodą, a konkretnie jej ciśnieniem również nie było najlepiej.

Zastanawialiśmy się co ze sobą począć, żeby jakoś przyjemnie spędzić czas, który nam pozostał. Pierwsze doświadczenia z Xiahe nie były bowiem zbyt obiecujące… Na szczęście tym razem los się do nas uśmiechnął i po kilkudniowej eksploracji okolicy znaleźliśmy w końcu coś, co pozwoliło nam zapomnieć o problemach. Któregoś bowiem razu podczas spaceru wzdłuż doliny rozciągającej się za klasztorem, natknęliśmy się na rodzinę miejscowych świstaków, wesoło baraszkujących po zielonej łące. Jak się okazało zwierzęta mają tam swoje miejsca lęgowe, tak więc jest ich naprawdę sporo. Wiedzieliśmy już co będziemy robić przez pozostałe dni… Oprócz podglądania świstaków w ich naturalnym środowisku i obowiązkowej wizyty w klasztorze uprzyjemnialiśmy sobie czas zajadając się przepysznym jogurtem z mleka jaka oraz specjałami kuchni tybetańskiej. W kategorii deser zwyciężyła wprost przepyszna tsampa z cukrem!

Dodaj komentarz

Pola oznaczone (*) muszą zostać wypełnione.

 
 

Losowo wybrane zdjecia!

_dsc7865 _dsc4401 _dsc7945 _dsc5155 _dsc8769 _dsc2556